Polska gospodarka na dopalaczach. Kiedy czeka nas hamowanie?
Główny ekonomista Banku Millennium ocenia perspektywy polskiej gospodarki. PKB rośnie, ale napędzają go luźne wydatki i inwestycje unijne.
Polska gospodarka wzrosła o 3,7 proc. w pierwszym półroczu 2026 roku, ale ten wynik kryje wiele zagrożeń dla przyszłego tempa rozwoju. Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium, wskazuje, że wzrost gospodarczy jest napędzany głównie wydatkami publicznymi i inwestycjami unijnymi, a nie trwałymi czynnikami wzmacniającymi gospodarkę.
Jak wyglądał początek roku dla polskiej gospodarki?
Pierwszy kwartał 2026 roku okazał się słabszy niż oczekiwania analityków. Wzrost PKB wyniósł zaledwie 3,5 proc. rok do roku, podczas gdy Bank Millennium prognozował wynik zbliżony do 4 proc. Głównym winowajcą była ostra i przeciągająca się zima, która znacząco ograniczyła aktywność sektora przemysłowego i budowlanego — dwóch filarów polskiej gospodarki.
Równolegle pogorszył się rynek pracy. Pensje rosną wolniej niż jeszcze rok temu, a stopniowo rośnie bezrobocie. To sygnał ostrzegawczy dla przyszłej konsumpcji, ponieważ gospodarstwa domowe mogą zacząć bardziej ostrożnie wydawać pieniądze.
Drugi kwartał przyniósł jednak ulgę. Aktywność inwestycyjna wyraźnie się odbudowała dzięki rozpędzającemu się napływowi środków unijnych, a pogoda przestała być przeszkodą. W efekcie gospodarka przyspieszyła i straty z pierwszego kwartału zostały częściowo odrobione.
Jakie siły napędzają polski wzrost PKB?
Polska gospodarka opiera się na trzech filarach, z których każdy ma inny charakter:
Inwestycje publiczne — w dużej mierze infrastrukturalne, ale też zbrojeniowe — napędzane przez środki unijne. To najtrwalszy element wzrostu, ale jednocześnie najbardziej uzależniony od zewnętrznych przepływów finansowych. W pierwszym kwartale, gdy napływ pieniędzy UE rozpędzał się, a warunki pogodowe utrudniały realizację projektów, efekt był słaby. W drugim kwartale aktywność inwestycyjna wyraźnie się odbudowała.
Konsumpcja prywatna — przez kilka ostatnich kwartałów była głównym filarem wzrostu PKB. Motor konsumpcyjny pracował na wysokich obrotach dzięki szybko rosnącym wynagrodzeniom i hojnym, powszechnym programom społecznym. Jednak dynamika tego wskaźnika stopniowo się zmniejsza.
Konsumpcja publiczna — w ostatnich kwartałach wyraźnym wsparciem wzrostu. To efekt luźnej polityki fiskalnej i wzrostu deficytu budżetowego. Dobry wynik PKB to zatem częściowo efekt wydatków, które nie są finansowane dochodami, lecz deficytem.
Warto wspomnieć też o eksporcie, który mimo spowolnienia w Europie Zachodniej wciąż radzi sobie bardzo przyzwoicie.
Jak konflikt na Bliskim Wschodzie wpłynął na polską inflację?
W drugiej połowie kwietnia 2026 roku USA rozpoczęły ataki na Iran, co spowodowało wzrost niepewności na rynkach globalnych i gwałtowny wzrost cen surowców energetycznych. Cena baryłki ropy naftowej wystrzeliła powyżej 120 USD, a gaz naturalny również zdrożał.
Polska nie zignorowała tego szoku. Inflacja wzrosła w kwietniu do 3,2 proc. w ujęciu rocznym, podczas gdy na początku roku powszechnie oczekiwało się utrzymania inflacji CPI w okolicach 2,5 proc. (środek celu NBP). Jednak szok inflacyjny w Polsce był rzeczywiście znacznie mniejszy, niż można było obawiać się na początkowym etapie konfliktu.
Kluczową rolę odegrał program osłonowy CPN, który kosztował podatników niemal 5 mld zł. Program ten powstrzymał przerzucanie wyższych cen paliw na ceny konsumpcyjne.
| Element | Wpływ na inflację |
|---|---|
| Ataki na Iran (kwiecień 2026) | Wzrost cen surowców energetycznych |
| Cena baryłki ropy | Wzrosła powyżej 120 USD |
| Program osłonowy CPN | Ograniczył wzrost inflacji konsumenckiej |
| Uwolnienie rezerw strategicznych | Pomogło normalizować ceny |
| Spadek importu paliw przez Chiny | Zmniejszył globalny popyt |
Sytuacja na rynkach surowców energetycznych zaczęła się stopniowo normalizować dzięki kilku czynnikom: napływającym doniesieniom o postępie rozmów w sprawie rozejmu, uruchomieniu rezerw strategicznych przez część krajów, zmianom profilu produkcji przez rafinerie oraz znacznemu zmniejszeniu importu paliw przez Chiny. Cena baryłki szybko zeszła poniżej 100 USD, a przejściowo powróciła do poziomów sprzed wybuchu konfliktu.
Polska i Europa mają bardziej zróżnicowane źródła dostaw surowców energetycznych niż część krajów azjatyckich, dla których surowce z Zatoki Perskiej to ważna część krajowego miksu energetycznego. Uniknęliśmy zatem scenariusza poważnych zaburzeń w dostawach i ograniczenia zużycia paliw.
Dlaczego ceny paliw mają tak duży wpływ na całą gospodarkę?
Nie chodzi tylko o paliwo do samochodów. Produkty ropopochodne znajdziemy w znacznej części towarów codziennego użytku. Udział paliw w koszyku inflacji to ok. 5 proc., ale ropa naftowa jest wykorzystywana w branży chemicznej, w budownictwie, w przemyśle farmaceutycznym i motoryzacyjnym. Plastik, guma — do produkcji których niezbędna jest ropa naftowa — znalazły się wszędzie.
Z kolei ceny gazu mają ogromny wpływ na koszt nawozów, a więc na koszty produkcji żywności. Stąd tak duże uzależnienie gospodarek od cen tych produktów i ich duży wpływ na inflację i koszty życia.
O ile duże przedsiębiorstwa mogą się zabezpieczać odpowiednimi kontraktami na ceny ropy, o tyle konsumenci prywatni i małe firmy mocno odczuwają wzrost cen paliw. Dla oceny skutków konfliktu na Bliskim Wschodzie kluczowe znaczenie ma to, jak długo będzie on trwał.
Co czeka nas w drugiej połowie roku?
Maliszewski widzi dwa główne źródła wzrostu w najbliższych miesiącach: inwestycje publiczne i popyt krajowy. W trzecim i czwartym kwartale doświadczymy kumulacji napływu środków z funduszy strukturalnych UE i Krajowego Planu Odbudowy. W efekcie dynamika inwestycji może zbliżyć się do 10 proc. wzrostu w trzecim kwartale, a w czwartym nawet przekroczyć ten poziom.
Popyt konsumpcyjny będzie wspierany wciąż dobrą sytuacją finansową gospodarstw domowych, ale ekonomista oczekuje stabilizacji dynamiki konsumpcji na poziomie ok. 3 proc. To efekt stopniowego wyhamowania wzrostu wynagrodzeń, czemu towarzyszy nieco wyższa ścieżka inflacji.
Jakie zagrożenia czają się na horyzoncie?
W perspektywie końca tego roku Maliszewski wskazuje przede wszystkim na rozwój sytuacji geopolitycznej, która będzie wciąż miała ogromny wpływ na notowania surowców energetycznych. Dalszy wzrost inflacji osłabi apetyty Polaków na wydawanie pieniędzy, więc ucierpi konsumpcja prywatna. Zawirowania geopolityczne przyhamują też chęć firm do podejmowania inwestycji.
Jednak największe zagrożenie czeka nas na nieco dalszej perspektywie — w 2027 i 2028 roku. Głównym problemem jest stan finansów publicznych. Polska ma wysoki poziom zadłużenia, a w tak niepewnym otoczeniu międzynarodowym i przy napięciu geopolitycznym, które mamy i pewnie będziemy mieć, ten dług będzie mocno ciążył.
Możliwości skorzystania przez rząd z narzędzi fiskalnych czy wprowadzenia kolejnych programów osłonowych — jak np. CPN — będą ograniczone. Tempo narastania długu może zaniepokoić inwestorów i agencje ratingowe, które już w ubiegłym roku obniżyły perspektywę polskiego ratingu.
Co to oznacza dla polskiej gospodarki i obywateli
Polska gospodarka znajduje się w fazie, którą można opisać jako wzrost na dopalaczach — dynamiczny, ale oparty na niepewnych fundamentach. Wzrost PKB na poziomie 3,7 proc. to wynik godny pozazdroszczenia w Europie, ale kryje się za nim uzależnienie od wydatków publicznych i inwestycji unijnych, które nie są trwałe.
Rynek pracy słabnie, a konsumpcja prywatna — główny silnik wzrostu w poprzednich latach — powoli traci dynamikę. Program osłonowy CPN, choć skutecznie powstrzymał inflację, kosztował podatników 5 mld zł i przyczynił się do wzrostu deficytu budżetowego.
Dla zwykłych obywateli oznacza to, że przyszłość będzie bardziej niepewna. Wzrost wynagrodzeń będzie wolniejszy, a rosnące ceny energii i produktów ropopochodnych mogą nadgryzać siłę nabywczą. Dla przedsiębiorstw — szczególnie małych i średnich — rosnące koszty produkcji i niepewność geopolityczna mogą zniechęcić do inwestycji.
Rząd będzie miał coraz mniej miejsca do manewru. Rosnący dług publiczny ogranicza możliwości wprowadzania kolejnych programów wsparcia, a zaniepokoienie agencji ratingowych może podnieść koszty obsługi długu. To oznacza, że w przyszłości będzie mniej pieniędzy na inwestycje w infrastrukturę, edukację czy opiekę zdrowotną.
Na podstawie: Parkiet. Tekst opracowany redakcyjnie.